Wiele z nas w czasie trwania ciąży zastanawia się czy podoła
wydać na świat dziecko o własnych siłach. Przyznam szczerze, że bardzo bałam
się porodu naturalnego i gdyby to było możliwe od razu "załatwiłabym" sobie
"cesarkę". Naoglądałam się różnych
programów o porodach i nie było tak różowo jak to zazwyczaj jest przedstawione
w filmach i serialach. Im bliżej było rozwiązania tym większy strach mnie
ogarniał. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy co mnie czeka. Każda z nas
wie, że jest to ogromny ból, ale póki tego nie przeżyjesz nie masz pojęcia,że
jest paraliżujący. Słyszałam o różnych środkach kojących ból, o różnych
pozycjach, ale życie weryfikuje teorię przedstawianą na zajęciach w szkołach
rodzenia czy z innych źródeł. Wiem, że każdy poród jest inny, każda z nas jest
inna, tego trzeba się trzymać i nie zrażać się opowieściami o długich i
wykańczających porodach.
Jednak mój poród należał właśnie do tych długich i
wykańczających. Zaczęło się niewinnie…dnia 17 kwietnia 2013 roku ok. 5:20 rano
odeszły mi wody. Nie czułam żadnego bólu, dlatego z uśmiechem na twarzy
oznajmiłam mężowi, że czas jechać do szpitala. Pogoda była piękna, drogi puste,
a szpital niedaleko. O 6:00 byłam już w
szpitalu na pierwszych badaniach. Oprócz odejścia wód nic nie zapowiadało
zbliżającego się porodu. Przyjęto mnie do szpitala na salę obserwacyjną, tam o
ok. 9:00 rano ordynator zdecydował, że będzie trzeba dać mi coś na wywołanie
porodu, bo jak wiecie dzidziuś nie może być długo w łonie matki po odejściu wód
płodowych (grozi to zakażeniem). Ja uradowana, że już dziś zostanę mamą
oznajmiłam moim najbliższym, żeby spodziewali się, że już dziś Staś przyjdzie
na świat. Czas leciał, były już godziny popołudniowe a tu nic. Nikt się mną za
bardzo nie interesował. Pojawiły się pierwsze skurcze, położna kazała chodzić,
żeby przyśpieszyć poród (oprócz tej rady nie zastosowali żadnych środków na
wywołanie porodu). Co jakiś czas sprawdzali na KTG jakie mam skurcze. Aż do
24:00 twierdzili, że są zbyt słabe, żeby położyć mnie na sali porodowej. Gdy
ból stawał się co raz silniejszy wyprosiłam umieszczenie mnie na sali
porodowej. Tuż po 24:00 dojechał mój mąż, by służyć mi wsparciem. Na początku
nie było tak źle, byłam w stanie skakać na piłce (z pomocą męża), chodziłam pod
prysznic dla złagodzenia bólu, zdarzały się żarty. Ale ból nasilał się z każdą
godziną,a postępu w akcji porodowej nie było. Skurcze były tak silne, że czułam
jak rozrywa mi dolny odcinek kręgosłupa (tzw. bóle krzyżowe). Nie byłam w
stanie już ustać pod prysznicem, bo zwijałam się z bólu, nic już nie łagodziło
tego bólu (tzw. gaz rozweselający był na nic, bo z bólu nie mogła nawet złapać
porządnie ustnika). Mijały kolejne godziny, a rozwarcie już dawno zatrzymało
się na 4 cm i za nic nie chciało ruszyć dalej. Krzyczałam okropnie, bo ból był
nie do zniesienia, a lekarze ciągle powtarzali swoje, że musimy czekać. W końcu
ok. godziny 12:00 w południe (18 kwietnia) do mojej sali wkroczył ordynator z
kilkoma studentami i po naradzie łaskawie zdecydował o cesarskim cięciu z
powodu braku postępu akcji porodowej. Byłam już na tyle nieprzytomna z bólu, że
jak mnie poproszono o podpisanie zgody na cesarkę to poprosiłam o okulary, bo
nic nie wiedziałam. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że okulary
cały czas miałam na nosie:) Pamiętam potem cudowny powiew powietrza jak w trybie natychmiastowym przewożono
mnie na wózku do sali operacyjnej.
Akcja na sali zabiegowej działa się w tempie ekspresowym, no
może poza znieczuleniem, gdyż pani anestezjolog nie mogła mi się wbić, chyba za 3 razem jej się to udało. Pominę już
oburzenie pani anestezjolog tym, że kazano jej pojawić się na sali operacyjnej
w ciągu kilku minut. Chyba przerwano jej lunch:) Była bardzo zła z tego powodu. Pozostali lekarze od razu zajęli się tym co do
nich należało (bez marudzenia).
Paniom, które obawiają się cesarki powiem tylko
tyle, że od znieczulenia do wyjęcia dzidziusia mija może 10 minut, przy
wyjmowaniu Stasia czułam tylko lekkie ciągnięcie, samego szycia oczywiście nic
nie czuć. Po zbadaniu i obmyciu małego położna przyniosła mi go do ucałowania,
najpiękniejsza chwila dla matki , łzy
same płyną. Po operacji zostałam przewieziona do sali pooperacyjnej, gdzie
czekałam na Stasia i męża (który poleciał za Stasiem i strzelał mu pierwsze
fotki). Dokładnie od godziny 13:09 dnia 18 kwietnia zostaliśmy szczęśliwymi
rodzicami. Długo trwało przyjście malca na świat, ale opłacało się czekać:) Jestem jednak pewna,
że jeśli jeszcze kiedyś zajdę w ciążę od razu zdecyduję się na cesarskie cięcie.
Wszystkim przyszłym mamom życzę wytrwałości i domagajcie się swoich praw!!!
Mój przykład nie zachęca do porodu naturalnego, ale mam
znajome, których porody były szybkie i bez większych komplikacji. Także wybór
zostawiam Wam, spróbujcie swoich sił w porodzie naturalnym, a jak się obawiacie
polecam cesarkę:)
A jakie Wy macie doświadczenia z wydaniem potomstwa na
świat? Przeszłyście przez poród naturalny czy cesarskie cięcie? Co poradzicie
przyszłym mamom?

Ja zdecydowanie poradzę poród naturalny. Przepraszam Aniu, ale kompletnie nie rozumiem kobiet, które tylko dla własnej wygody decydują się na cc. Wiadomo, że czasami jest konieczna, jak np było u Ciebie. Wskazania lekarza, ułożenie dziecka czy nieprawidłowy przebieg porodu naturalnego, z tym nie ma co dyskutować. Ale wygoda i egoizm kobiety? Nie rozumiem. CC zaburza przyjście człowieczka małego na świat. Piszesz, że oglądałaś wiele filmików? A widziałam filmiki z cc i reakcje maluszka? Już naturalny poród jest dla niego silnym przeżyciem, ale odbywa się on stopniowo. A cc to wyszarpania nagle z ciepłego mamusinego brzucha na zimny świat. Choćbym nie wiem, jak miała wyć z bólu przy następnym porodzie, jeśli nie będzie wskazań, zdecyduję się na naturalny ze względu na dziecku. Wiem, możesz powiedzieć, że łatwo mi mówić, bo u mnie poród poszedł gladko. Nie całkiem tak gładko i nie bezboleśnie. Ale myśli, co mnie czeka, jak włożę trochę wysiłku i że to dla mojego maleństwa napędzało mnie. Strach? Oczywiście, że był i jeśli będzie kolejny poród to będzie. Bo każdy jest inny.. i wcale nie musi być tak samo. Nastawienie jednak pozostanie takie samo: dam radę dla mojego dziecka:) Mam nadzieję, że Cię nie uraziłam swoją wypowiedzią, bo tego nie chciałam.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że mnie nie uraziłaś, masz prawo mieć swoje zdanie i po to jest ten temat, żeby każdy kto ma coś do powiedzenia podzielił się tym z innymi. Ja jednak twardo będę stać za stwierdzeniem, że jeśli kobieta boi się, lęk przed porodem naturalnym przesłania jej wszystko, to lepiej będzie i dla niej i dla dziecka, żeby wykonano jej cc. A żyjemy już w XXI wieku i medycyna jest po to, żeby nam pomagać i sprawiać, żebyśmy czuły się bezpieczne. Dlatego ja nigdy nie będę oceniać decyzji kobiet, które z lęku przed porodem naturalnym zdecydowały się na cesarkę, to ich wybór i nie nam to oceniać!
OdpowiedzUsuńJesteś pewna, że dla dziecka to też lepiej? Bo ja, z tego co sama się dowiedziałam, to nie jestem taka pewna, że cc jest dla dziecka lepsze, tylko dlatego że przyszła mama boi się bólu.
OdpowiedzUsuńAle masz rację żyjemy w XXI wieku i każda kobieta ma prawo podejmować swoje decyzje. :)
UsuńChodzi mi o to, że psychika kobiety jest w stanie doprowadzić do poważnych komplikacji w czasie porodu naturalnego i w tym wypadku lepsze będzie cięcie cesarskie, żeby nie ryzykować życia maluszka jak matka z paniki przestanie współpracować z lekarzami. Poza tym nie sądzę, żeby dziecku działa się jakaś wielka krzywda, gdy wyjmują je z brzucha, nie słyszałam o żadnych komplikacjach a po porodzie naturalnym i owszem. Cięcie cesarskie to głównie zagrożenie dla kobiety, ale nie dla dziecka.
UsuńJa również uważam, że przyszła mama powinna mieć wybór ... cc czy poród naturalny. Nie zawsze jednak tak myślałam. Moje nastawianie zmieniło się kiedy "przyszedł na mnie czas". Muszę się przyznać, ze poród naturalny mnie jakoś nigdy nie przerażał. Wychodziłam z założenia, że jest to rzecz całkowicie naturalna i skoro kobiety od zawsze rodziły, to i ja dam radę. Mojego Adaśka urodziłam 10 dni po terminie, tydzień przeleżałam w szpitalu ( bo nic nie wskazywała na to, że w ogóle urodzę :) ). Kiedy nadszedł w końcu ten moment (po wielu przyśpieszaczach, badaniach, czopkach itd. ) zostałam wezwana na porodówkę, a na porodówce ogólny chaos. Lekarze i położne na zmianę przychodzili i odchodzili, próbowali podłączać pod różne aparaty, coś tam do siebie szeptali, ale mnie nic nie mówili. Kiedy pytałam co się dzieję, to dość opryskliwie mnie zbywali ( a to bardzo mnie wkurzało). No, ale w końcu trzeba było przejść do roboty ... po ogromnym wysiłku, parciach bez skurczy i kilkukrotnym wypychaniu bobaska przez położną urodziłam mego synka ... 5 kg, 60 cm. Taki był mój poród. Bardzo bolesny, długi, wyczerpujący. Straciłam sporo krwi, miałam wybroczyny na całym ciele, popękały mi żyłki w oczach. Gdybym wiedział, że przyjdzie mi rodzić takiego "koloska" to na pewno wybrałabym cc !!!
OdpowiedzUsuńTo, co najbardziej mnie rozwścieczyło, to fakt, że nikt nie dał mi możliwości wyboru (dodam, że lekarze wiedzieli o rozmiarach mojego dziecka, ale zataili przede mną tę informację). Być może faktycznie lepiej dla dziecka, kiedy rodzi się w sposób naturalny, ale kiedy przypomnę sobie jak wyglądał mój Adaśko po porodzie, to nie wiem czy nie lepiej i dla niego i dla mnie nie lepiej byłoby rodzić przez cc , a już nie chcę myśleć jakie niebezpieczeństwo groziło memu bobaskowi.
Myślę, że lekarze robią to dla własnej wygody i zaoszczędzenia kasy w budżecie szpitala i robią wszystko żeby tylko nie zrobić cc. Przyjęte jest,że dzieci od ok. 4500kg powinny przychodzić na świat przez cesarskie cięcie. Dużo ryzykowali w Twoim przypadku, tak mi się wydaje. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i Adaś jest zdrowy!!!
UsuńJa przy pierwszym porodzie miałam cesarskie cięcie, po 3 godzinach skurczów, które jeszcze nie były tak mocne okazało się, że moje maleńswo jest ułożone pośladkowo więc natychmniast zapadła decyzja lekarza o cesarskim cięciu i tak po około 20 minutach byłam szczęśliwą mamą oraz zadowolona z tego, że nie musiałam rodzić naturalnie i dłużej sie męczyć. Gdy okazało się, że jestem w drugiej ciąży od razu zaczęłam się zastanawiać czy wybrać cesarkę (bo mając pierwszą miałam prawo wyboru) czy spróbowac naturalnie? Decyzja była niesamowicie trudna, ciągle nasuwały mi się pytania czy dam radę? czy nie będzie żadnych komplikacji? Itp. No i gdy nadszedł czas wyboru zdecydowałam się na poród naturalny. Na szczęście nie trwał on zbyt długo bo trwał około godzin. Miałam okazję doswiadczyć obu róznych porodów i jeśli miałabym wybierać kolejny raz zdecydowanie wybrałabym poród naturalny, głownie przez to, że dużo szybciej wraca się do zdrowia, niż po cesarce, nie pozostają nam żadne blizny i gdy rodzi się siłami natury to także maluszek będzie silniejszy . Jestem bardzo zadowolna z mojego wyboru i do tej pory jestem wdzięczna mojemu lekarzowi, że podtrzymywał mnie przy tej decyzji, mówił także że wiele kobiet po cc rodzi naturalnie i nie ma dla niej żadnego zagrożenia. Uważam, że najpierw warto jest spróbować swoich sił i rodzić siłami natury a cesarke wybrać tylko kiedy zajdzie taka potrzeba.
OdpowiedzUsuńZgadzam się, że spróbować zawsze warto! Jednak chciałabym, żeby lekarze traktowali kobiety z większym szacunkiem i nie ryzykowali życia maluszków, a niestety ostatnio takich informacji jest wiele. Lekarze czekają do ostatniej chwili z cesarką, a w niektórych przypadkach jest już niestety za późno. I nie są to fanaberie kobiet, ale sytuacje , w których cesarka jest jedynym ratunkiem!
OdpowiedzUsuńOczywiście zgadzam się z tym, że są różne sytuacje i jeśli cesarka jest konieczna to lekarze powinni decydowac o niej jak najszybciej ale na to juz niestety nie możemy mieć żadnego wpływu, jednak nie jestem za tym aby nie próbując swoich sil od razu wybierac cesarke. Pozdrwiam Aniu,Fajnego otworzyłaś bloga :)
OdpowiedzUsuńJa rodziłam naturalnie i szczerze mówiąc to jak usłyszałam na porodówce że mąż ma zdejmowac biżuterie bo może się skończyć cc to się przeraziłam. Jednak bo badaniu zakwaszenia u maluszka okazało się że jest dość silne na poród naturalny i ze wpspmagaczem ( vacum) urodziłam przy drugim parciu całe szczęście poród skończył się szczęśliwie i dla Mnie i dla naszej Julki. Oczywiście vacum nie nalezy do najprzyjemniejszych. Uważam podobnie jak Wy, że kobieta powinna miec wybór, chociaz zdecydowanie polecam poród naturalny a jesli wymaga tego sytuacja tzn. zdrowie dziecka i matki to należy decydowac się na cc. Niestety nie ma zawsze takiego wyboru i lekarze zwlekają i dlatego wiele kobiet z wczasu próbuje załatwić cc bo mamy tak beznadziejna służbe zdrowia, że nawet jeśli trzeba to lekarze unikaja cc. I tak jak Ania pisze jeśli kobieta boi się porodu naturalnego to nawet od psychologa dostanie skierowanie ze wskazaniem do cc więc to co siedzi w Naszych głowach ma duże znaczenie. Polecam poród naturalny, momet narodzin jest cudowny, niesamowite emocje, wsruszenia i więź z mężem jest jeszcze większa ( przynajmiej u Nas tak było). Przy drugiej ciązy również będę nastawiać się na poród naturalny mimo że był bardzo bolesny ale warto :-). Rodziłam 9 dni po terminie ale całe szczęśie tydzień po terminie dostałam skierowanie od lekarza do szpitala i byłam po stałą kontrolą lekarzy, całe szczęście nie musiałam miec indukowanego porodu i dzidzuś sam zdecydował że już na niego czas.
OdpowiedzUsuńLepiej nie można tego ująć:) Super podsumowanie Kasia! :) Bądźmy dobrej myśli i róbmy to, co uważamy za najlepsze dla Nas i naszych dzieci!
OdpowiedzUsuń