piątek, 1 sierpnia 2014

Beztroskie wakacje ... odeszły w niepamięć

Nasz pierwszy daleki wyjazd z młodym poprzedziło wiele pytań i rozterek, pominę już tę część ale wierzcie mi że na dzień przed wyjazdem zaczęłam żałować, że gdziekolwiek się wybieramy. 16 lipca o 24:00 wybudziłam Stasia ze snu i  wyruszyliśmy taksówką na lotnisko (15 minut drogi). Na lotnisku jasno i kolorowo więc Staś był w swoim żywiole i całe 3 godziny latał z tatą w tą i z powrotem zaczepiając ludzi i wydając z siebie okrzyki zadowolenia. Był chyba najbardziej żywiołową osobą na lotnisku. Nie był świadomy tego, że nasz samolot ma godzinne opóźnienie, my natomiast lekko się zdenerwowaliśmy tym faktem. W międzyczasie zakupiliśmy jeszcze wodę mineralną w strefie bezcłowej, gdyż moja pani doktor nastraszyła mnie że turecka woda (nawet ta butelkowana) może dziecku zaszkodzić. Mąż wypominał mi to całą drogę, bo on biedny musiał to dźwigać. Sam lot Staś zniósł wyśmienicie, na pewno lepiej niż jego mama:) 2 godziny z 3 przespał na moich kolanach przypięty dodatkowym pasem (dzieci do 2 roku życia podróżują na kolanach swojego opiekuna). Po wylądowaniu czekała nas jeszcze prawie 2 godzinna jazda autobusem do hotelu, tu również Staś był grzeczny, trochę przysypiał a czasami obserwował widoki za oknem. Pierwsze 3 dni upłynęły nam dość spokojnie i przyjemnie aczkolwiek każda próba wsadzenia Stacha do basenu kończyła się płaczem. W nocy z 3 na 4 dobę młody dostał wysokiej gorączki, sięgnęłam od razu po nurofen który wzięłam ze sobą. Gorączka po kilkudziesięciu minutach spadła jednak po kilku godzinach znowu wróciła i tak 3 doby. Postanowiliśmy zwrócić się do lekarza, gdyż nie było widać końca tej choroby. Lekarz wstępnie stwierdził infekcję gardła, zapisał antybiotyk i dodatkowo paracetamol na wysoką gorączkę. Jednak po dobie przyjmowania antybiotyku Stasia strasznie wysypało. Dostał mnóstwo dużych krostek głównie na nóżkach i rączkach. Spanikowani udaliśmy się raz jeszcze do lekarza myśląc że to reakcja uczuleniowa na antybiotyk. Lekarz stwierdził jednak, że jest to wirusówka i powinniśmy odstawić antybiotyk który wcześniej przepisał. Był to turecki lekarz ze szpitala uniwersyteckiego Alanya więc stwierdziłam, że chyba wie co mówi. Tłumaczył, że ta wysypka to apogeum choroby i teraz powinno być już tylko lepiej. Dzieciom poniżej drugiego roku życia na taką wirusówkę nie podaje się żadnych leków więc kazał po prostu obserwować i czekać aż choroba sama przejdzie. Rzeczywiście po ok 2 dniach od wysypki Staś odzyskał siły i chęć do zabawy. Nie miał nawet nic przeciwko kąpieli w basenie, chętnie brał udział w mini disco, które odbywało się na scenie każdego wieczoru (był najmłodszy i w obawie żeby inne dzieci go nie zdeptały asekurowałam go). Staś uwielbiał sam chodzić po ośrodku, ścieżkami które on sam wyznaczył. Jest bardzo towarzyski, dlatego zawsze szedł tam, gdzie się dużo dzieje. Jego ulubioną przekąską były paluchy chlebowe, ale nic nie mogło równać się z soczystym i słodkim arbuzem. Gdy tylko widział go na stołówce pokazywał palcem i dla siebie charakterystycznym jęknięciem oznajmiał, że ma ogromną ochotę właśnie na ten owoc. Oprócz tego dostawał ryż i makaron, gofry i wafelki do lodów. Starałam się nie podawać mu potraw, które mogłyby wywołać u niego biegunkę, o co łatwo w tak odległych krajach. Dzięki temu, że pilnowaliśmy jego diety nic mu nie zaszkodziło i nie cierpiał z powodów gastrycznych. Na pojawienie się wirusówki nie mieliśmy wpływu, mogło się to przydarzyć też w Polsce. Trudno, stało się, najedliśmy się trochę strachu. ale wszystko dobrze się skończyło. Drugi tydzień pobytu Staś miał codziennie dobry humor, szalał z babcią, tatą, mamą i dwiema ciociami Wiktorią i Martyną. Podróż powrotną zniósł bardzo dobrze. Mimo że został wybudzony tym razem o 2:50 w nocy w ogóle nie marudził. Na lotnisku oczywiście szalał z tatą, zwiedził chyba każdy zakątek i zaczepiał wszystkie dzieci. A w samolocie zasnął już na pasie startowym zanim zdążyliśmy wystartować i spał około półtorej godziny. Po obudzeniu zaczepiał kolegę rówieśnika który siedział przed nami i wymieniał minki ze starszym kolegą, który siedział w rzędzie obok. Przy podchodzeniu do lądowania koledzy wprawili go w  tak dobry nastrój że musiałam uciszać doniosły śmiech i okrzyki radości mojego syna. Przy okazywaniu paszportów na lotnisku w Poznaniu każdy już poznał Stasia, który ciągle się zacieszał i zwracał na siebie uwagę każdego turysty.
Mimo że Staś dobrze zniósł samą podróż i w gruncie rzeczy drugi tydzień świetnie się bawił to bezradność i lęk jaki miałam gdy dostał bardzo wysokiej gorączki i nie wiedziałam do końca co mu jest spowodował że w przyszłym roku pozostanę przy naszym polskim morzu. Na bardziej egzotyczne wakacje wybierzemy się za jakiś czas, jak Staś będzie już większy.
                                                             Z babcią obserwuję motorówkę
                                                            Tym razem obserwuję ludzi :)
                                                           Paluch chlebowy i chwila kontemplacji
                                                           Znowu coś lub kogoś obserwuję
                                                           Prowadzę babcie tam, gdzie ja chcę iść
                                               Mamo proszę przynieść mi natychmiast arbuza...tam jest!
                                                           Obserwacja po raz kolejny...



A Wam jak mijają wakacje?

środa, 9 lipca 2014

wakacje

W tym roku zdecydowaliśmy się na pierwsze wakacje poza granicami naszego kraju. Wybór padł na Turcję, daleko, ale samolotem podróż trwa tylko 3 godziny. W lipcu jest tam bardzo ciepło i zastanawiam się jak mały zniesie te upały. Postanowiliśmy z mężem, że podejmiemy próbę. Jeśli Staś będzie dobrze znosił tureckie warunki atmosferyczne to w przyszłości na pewno jeszcze wybierzemy się w jakieś ciepłe kraje. Jeśli jednak nie będzie mógł się tam odnaleźć na jakiś czas zrezygnujemy z południowych kierunków.
Największym jednak wyzwaniem jest spakowanie walizek. Dla rocznego malucha pakowanie bagażu zdaje się nie mieć końca. Oprócz ciuszków, pieluch, kosmetyków, leków musimy również zabrać wodę, gdyż nie chcemy ryzykować, że podamy tak małemu dziecku wodę z niewiadomego źródła. Stwierdziliśmy, że zakupimy zgrzewkę w sklepie na lotnisku w strefie bezcłowej (nie obciążymy wtedy bagażu).
Dla naszej wygody zdecydowaliśmy się również zabrać wózek "parasolkę", w którym mały będzie sobie siedział jak już się bardzo zmęczy...a my nie będziemy musieli go nosić:)
Dużym plusem wyjazdu do tego kraju jest to że nie musimy pakować ciepłych ciuchów "na wszelki wypadek", do walizki wrzucamy jedynie cieniutkie rzeczy, dlatego jest szansa, że zmieścimy przynajmniej większość tego co zaplanowałam wziąć.
W niedzielę próbne pakowanie i ważenie walizek a póki co zakupy, pranie i prasowanie...
 A Wy macie już za sobą pobyt z maluchem w tak ciepłym kraju? Macie jakieś rady?

piątek, 13 czerwca 2014

książeczki dla maluchów

Książeczki dla dzieci...temat wydaje się prosty i oczywisty. Jednak jest parę kwestii, które chciałabym tu poruszyć. Przede wszystkim nie wszyscy zdają sobie sprawę jak istotny jest materiał, z którego zrobiona jest taka książeczka. Zdarza się, że ciocie i wujkowie kupują książeczki, które zupełnie nie nadają się dla dzieci poniżej pierwszego/drugiego roku życia. Zaznaczmy, że taka książeczka powinna mieć twardą okładkę a środek powinien być sztywny a nie papierowy (ewentualnie dla najmłodszych dzieci cała powinna być wykonana z bezpiecznego mięciutkiego materiału). Warto zwracać uwagę na informacje podane przez producenta, który często określa wiek dziecka, dla którego książeczka jest przeznaczona.
Dla najmłodszych dzieci poniżej pierwszego roku życia najlepiej sprawdzają się książeczki mięciutkie z materiału. Bardzo fajne są te szeleszczące i kąpielowe (przy zakupie trzeba zwrócić uwagę na jakość wykonania takiej książeczki, bo nie zapominajmy że dzieci w tym wieku uwielbiają pakować sobie wszystko do buzi). Nie jestem fanką książeczek piankowych gdyż mimo iż są mięciutkie i teoretycznie dziecko nie powinno sobie nią zrobić krzywdy to jednak gdy pojawią się pierwsze ząbki dziecko jest w stanie ugryźć kawałek pianki (tak było u nas).
Na rynku znajdziecie mnóstwo różnych propozycji, ja przedstawię kilka pozycji które znalazły się w naszym domu.
Pierwsza książeczka, którą zdecydowałam się kupić to miękka i przeznaczona do kąpieli książeczka firmy Babyono. Jest delikatna, ma zaokrąglone brzegi i przy nacisku "piszczy". Nigdy nie używałam jej do kąpieli, Staś z chęcią bawił się nią i gryzł na "sucho". Do dziś lubi do niej wracać i oglądać przedstawione w niej zwierzątka.



Kolejną książeczką przeznaczoną dla najmłodszych maluchów jaką mogę polecić jest wykonana z szeleszczącego i delikatnego materiału książeczka Fischer Price. Do tego ma na rogach gryzaki, które ząbkujące dziecko może sobie bezpiecznie gryźć a rodzic może być pewny że dziecko niczego nie odgryzie i nie zakrztusi się.

Rodzice często też kupują najmłodszym książeczki wykończone gąbką, bo uważają że są bezpieczne dla malucha. Ja mam jednak inne zdanie. To prawda że dziecko nie uderzy się nią w głowę, ale istnieje duże ryzyko odgryzienia i połknięcia takiej gąbki. Tak naprawdę jest to chwila nieuwagi i może się zdarzyć nawet "najlepszym" matkom. Dlatego szczerze nie polecam takich książeczek chyba że przeglądacie je razem z dzieckiem.


Kolejną ciekawą serią jest propozycja wydawnictwa olesiejuk pod tytułem Obrazki dla maluchów. My mamy tylko Boże Narodzenie ale zamierzam kupić kilka kolejnych pozycji. Obrazki są wyraźne, kolorowe i na każdej stronie znajdziemy krótki tekst do przeczytania maluchom. Środek książeczki jest twardy, okładka jednak ma lekko zmiękczoną fakturę co umożliwiło mojemu dziecku nadgryzienie jednego z brzegów. Tej książeczki lepiej nie zostawiajmy maluchowi do samodzielnego przeglądania.
Kolejną znaną na rynku propozycją wydawnictwa olesiejuk jest seria książeczek Mały chłopiec. Staś ma książeczkę Motor Marka i chętnie dokupimy kilka kolejnych części (m.in.:  Wóz strażacki Jacka czy Radiowóz policjanta Pawła). 



Jeśli chodzi o mnie to najbardziej polecam książeczki proste w formie, mające twarde okładki i środek (nie porwą się a dziecko nie jest w stanie odgryźć żadnego elementu). Takie książeczki są najlepsze oczywiście dla dzieci powyżej pierwszego roku życia. Na zdjęciu poniżej cztery książeczki z większej kolekcji, którą posiadamy:)

Fajnym pomysłem na ciekawą książeczkę dla chłopca jest taka, która imituje samochodzik. Do tego otwiera się za pomocą rzepu i to sprawia wielką frajdę mojemu synkowi. Można ją poczytać, popatrzeć na obrazki, pojeździć nią, otwierać i zamykać na rzep. Frajda dla rocznego malca.

Jeszcze jedna ciekawa pozycja, ostatnio ulubiona książeczka Stasia, to "Umiesz liczyć, misiu?" Jest to mała, łatwa do zabrania w podróż pozycja, do tego wykonana z twardego materiału, którego dziecko nie ugryzie. Dużym atutem tej książeczki jest jej staranne wykonanie i szeroka paleta barw.


Na rynku znajdziecie mnóstwo ciekawych i wymyślnych książeczek dla swoich pociech, zwracajcie tylko uwagę na materiał, z którego są wykonane, bo nasze pociechy często są bezlitosne dla mięciutkich i papierowych książeczek. Wybierajcie takie odpowiednie do wieku dziecka.
Na koniec chciałam jeszcze zaprezentować Wam karty obrazkowe, które fajnie wprowadzają malucha w świat wyrazów. Karty mogą być sztywne bądź miękkie. My akurat mamy miękkie ale jeszcze są w jednym kawałku:) Ale co najważniejsze Staś chętnie poznaje nowe słowa właśnie dzięki tym kartom. Dziękujemy cioci Kasi, która sprawiła Stasiowi taki fajny prezent!





środa, 21 maja 2014

dieta bez glutenu

Staś ma już 13 miesięcy, ale wciąż reaguje zmianami na skórze po podaniu glutenu. Prawdopodobnie alergia ta po kilku latach minie, ale póki co utrudnia nam trochę rozszerzanie diety. Staś nie może jeść tradycyjnych bułek, chleba czy innych produktów zbożowych, które w tym okresie są tak popularne w diecie dziecka.
Zrobienie zwykłych naleśników staje się problemem, bo Staś nie może jeść ani zwykłej mąki ani mleka. Zwykłe ciasteczka czy makarony też odpadają. Ale wszystko ma swoje dobre strony. Szczególnie, że w ostatnich latach nawet dorośli, którzy nie są uczulenie na gluten przechodzą na dietę bezglutenową. Wśród celebrytów staje się to nawet modne:) Ja również ostatnio stwierdziłam, że Staś nie traci z powodu braku glutenu w diecie, a może nawet zyskuje. Jedyny minus jaki teraz dostrzegam to, że muszę bardziej "kombinować" przy komponowaniu diety niż mama, której dziecko nie cierpi na taką przypadłość.
Przygotowując naleśniki muszę zamienić mąkę pszenną na np. kukurydzianą i zamiast mleka wykorzystać wodę lub dodać mleko modyfikowane  Bebilon pepti (na jego bazie można sporządzać posiłki dla alergików). Największym jednak zmartwieniem jest UKRYTY GLUTEN, który można znaleźć w różnych produktach. Gluten stanowi bardzo dobre spoiwo i jest cenioną substancją poprawiającą konsystencję produktów, dlatego dodaje się go do wielu produktów. Mogą go zawierać m.in.:
jogurty, wędliny, parówki, paluszki rybne, serki topione, majonez, ketchup, suszone owoce czy słodycze.
Natomiast bezpieczne w diecie takiego malucha są:
kukurydza, ryż, proso, gryka, amarantus, a także zrobione z nich kasze i mąki (również mąka ziemniaczana); soja, soczewica, fasola, jaja, warzywa, owoce i orzechy.
Także póki co przerzuciliśmy się na makarony bezglutenowe, mąkę kukurydzianą i kaszę gryczaną:) Czytam zawsze uważnie etykiety kupowanych produktów, żeby mieć pewność, że nie ma w nich glutenu.
A Wasz maluch zmaga się z jakąś alergią pokarmową? Jak sobie z tym radzicie?

środa, 30 kwietnia 2014

Zabawki i ulubione formy aktywności malucha

Odkąd Staś potrafi samodzielnie siedzieć i do tego przemieszczać się to zakres jego zabaw i zabawek znacząco wzrósł. Nie jest już zdany tylko na to co dostanie do łapek od rodziców, ale sam podejmuje decyzje czym i jak się bawić.
Pierwsze zabawki kupiłam dla Stasia jak był jeszcze w brzuszku. Jedną z pierwszych był żółw projektor (wyświetla gwiazdki i księżyc w 3 kolorach) ale jednocześnie może służyć jako przytulanka. Przez kilka pierwszych miesięcy żółw stał na półce zupełnie bezużyteczny. Dopiero ok. 4 - 5 miesiąca życia Stasia zainteresowały wyświetlające się na ścianach i suficie elementy. Po 6 miesiącach żółw awansował na przytulankę. Mama była w końcu zadowolona, że nie wyrzuciła jednak pieniędzy w błoto. Tych zabawek w ciągu kilku miesięcy życia Stasia trochę się uzbierało, jedne mniej inne więcej zajmują brzdąca.
Na początku najlepiej sprawdzały się wszelkiego rodzaju gryzaki i grzechotki (niewielkich rozmiarów). Z czasem rozmiar zabawek powiększał się. W chwili obecnej mamy 2 pudła zabawek. Od gryzaków po zabawki interaktywne.
Na rynku można znaleźć niezliczone modele gryzaków i grzechotek, do koloru do wyboru. Chciałam jednak polecić takie, które dziecko może z łatwością chwycić rączką i rzeczywiście przynoszą ulgę przy ząbkowaniu (warto zwrócić uwagę, że niektóre firmy tworzą gryzaki odpowiednio zaprojektowane do kolejnego etapu ząbkowania):
http://www.tommeetippee.pl/product/gryzak-trzonowy-etap-3/
http://www.smyk.com/canpol-pilka-nozna-grzechotka-gryzak-wodny,p1089962670,zabawki-gry-dla-dzieci-p
Jeśli chodzi o przytulanki to kwestia gustu, a najlepszym rozwiązaniem jest gdy nie ma ich za dużo, gdyż zbierają głównie kurz (według mnie wystarczą dwie lub trzy).
Około 7, 8 miesiąca życia Stasia zaczęłam kupować zabawki interaktywne, np. zabawkowy pilot czy laptop
http://www.smyk.com/fisher-price-wesoly-pilot-do-telewizora-zabawka-interaktywna,p1050178402,zabawki-gry-dla-dzieci-p
http://www.smyk.com/fisher-price-gadajacy-laptop-dwujezyczny-zabawka-edukacyjna,p1044879838,zabawki-gry-dla-dzieci-p
Z tych dwóch zabawek jestem bardzo zadowolona, gdyż mają wiele ciekawych funkcji i są w stanie zająć dziecko, np. podczas długiej podróży. Dodatkowo uważam, że jak kupować zabawki interaktywne to tylko firmy Fischer Price, nigdy się na nich nie zawiodłam a na innych firmach owszem. Czasami warto wydać więcej, aby mieć pewność, że rzecz będzie porządna.
Około 6 miesiąca życia dziecka lub trochę później warto kupić pierwsze klocki dla malucha
http://www.smyk.com/fisher-price-pierwsze-klocki-malucha-sorter,p1044878732,zabawki-gry-dla-dzieci-p
Staś bardzo lubi te klocki a szczególnie uwielbia rozwalać wieżę, którą tata dla niego zbudował właśnie z tych klocków.
Kolejną fajną rzeczą jest piramidka z kółek, która ćwiczy rączki i umiejętność chwytania.
http://www.smyk.com/fisher-price-piramidka-z-kolek-zabawka-edukacyjna,p1044879403,zabawki-gry-dla-dzieci-p
Ogromną radość sprawia Stasiowi turlanie piłki (gumowa z kolcami lub pluszowa) oraz zabawa samochodzikami (od niedawna chwyta samochodzik w rękę i jeździ nim po podłodze). Lubi również przeglądać książeczki i pokazywać w nich paluszkiem różne elementy.
Każdy rodzic przyzna pewnie, że jego dziecko uwielbia bawić się np. opakowaniem po ciastkach, garnkiem lub inną zwykłą rzeczą, która nam dorosłym wydaje się mało atrakcyjna. Dla Stasia taką wielką atrakcję stanowi odkurzacz a szczególnie rura i kabel:) Jak tylko widzi odkurzacz to jest pełnia szczęścia.
Nie da się jednak ukryć iż najlepszymi zabawkami są prawdziwy pilot do telewizora, prawdziwy laptop, tablet i komórka. To jest chyba znak czasu, gdzie wyżej wymienione gadżety są nieodzownym elementem życia codziennego.  Poniżej trochę zdjęć przedstawiających Stasia i jego ulubione zabawki:)












poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jedzenie ze słoiczków ...

Będąc rodzicem człowiek ma w głowie ciągle jakieś dylematy. Jednym z nich jest to, czy podawać swojemu dziecku jedzenie ze słoiczków. Póki mnie to nie dotyczyło to nie patrzyłam na te produkty zbyt przychylnie. Myślałam: "Matko, przecież te dania w słoiczkach mają ok. roczne terminy ważności...jak to możliwe, że nie ma tam dużej ilości chemii i innych szkodliwych substancji?" Jednak od kiedy zagłębiłam się w tematykę "słoiczków dla dzieci" nie jestem już tak przerażona i na "nie". Wręcz przeciwnie podaję słoiczki niemal codziennie. Nawet mój lekarz pediatra powiedział, że do pewnego wieku (do roku) podawanie gotowych dań ze słoiczków jest dla dziecka bezpieczniejsze (produkty przebadane, z wiadomego źródła, dania przygotowane w sterylnych warunkach).
Jak już zdecydujemy się podawać słoiczki to pozostaje kwestia jakiej firmy?  Staś zdecydowanie polubił dania firmy Hipp (jego ulubione), zarówno dania główne jak i owoce. Oczywiście na bieżąco wprowadzamy "prawdziwe" owoce, ale czasami wracamy do tych ze słoiczków. Dania Hipp są przeważnie mocno zblendowane co utrudnia w późniejszym etapie przyzwyczajenie dziecka do jedzenia większych kawałków. Dla mnie jako mamy, która czyta co jest napisane na opakowaniu takiego produktu, te Hippa zdecydowanie wiodą prym. Są przejrzyste i co dla mnie szczególnie ważne na każdym opakowaniu znajdę informację czy produkt zawiera gluten. Często takiej informacji nie mogę znaleźć na słoiczkach innych firm. Próbowaliśmy też produktów Bobovity, ale Stasiowi w ogóle nie przypadły one do gustu i szczerze przyznam, że mnie też nie, bo ja również próbuję co podaję dziecku. Ostatnio zaczęłam podawać mu słoiczki firmy Gerber, bo na tym etapie(10-12 miesięcy) mają obiadki z większymi kawałkami jedzenia i dziecko może ćwiczyć spożywanie takiego pokarmu. Ważne aby w odpowiednim momencie wprowadzić dziecku większe kawałki marchewki czy innych warzyw w obiadkach, żeby pociecha opanowała sztukę rozdrabniania pokarmu. My cały czas z tym walczymy, bo chyba za długo Staś dostawał maksymalnie zblendowane obiadki. Powoli uczy się gryźć i przeżuwać aczkolwiek zdarza mu się zakrztusić większym kawałkiem.
A Wy podajecie słoiczki? Jeśli tak to jakiej firmy i dlaczego akurat tej?

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Karmienie niemowlaka i gadżety z tym związane

Tym razem chciałam poruszyć kwestię wszelkiego rodzaju przyborów służących do karmienia niemowlaka. Oczywiście trzeba zacząć od obowiązkowego zestawu startowego dla noworodka (dla dzieci karmionych butelką). Ja wybrałam zestaw firmy Philips Avent: obejmuje 4 butelki do naturalnego karmienia (2 x 125 ml i 2 x 260 ml), szczotkę do butelki i smoczka, a także biały, przezroczysty smoczek dla dzieci do 6 miesiąca życia. Osobiście jestem bardzo zadowolona z tych butelek i smoczków - szerokie, w kształcie piersi;
zaawansowany system antykolkowy z innowacyjnym, podwójnym zaworem oraz co ważne nie zawierają bisfenolu A* (polipropylenu). Trzeba pamiętać o zmienianiu smoczka co kilka miesięcy, zarówno jeśli chodzi o higienę jak również o liczbę dziurek (szybkość przepływu mleka). Z doświadczenia wiem, że nie należy sugerować się wskazówkami podanymi przez producentów smoczków jeśli chodzi o dopasowanie liczby dziurek z wiekiem dziecka. Staś często się krztusił przez pierwsze 6 miesięcy i dlatego ja zdecydowałam się wprowadzić większą liczbę dziurek w smoczku znacznie później niż to zalecają różne firmy. Konieczna jest obserwacja dziecka i mama sama powinna decydować o zakupie kolejnego smoczka o większym przepływie.
Kolejna rzecz, w którą się zaopatrzyłam był podgrzewacz. Nie ukrywam, że zdecydowałam się na niego z wygody. Teraz stwierdzam, że nie jest on niezbędny, ale dobrze go mieć. Wybrałam podgrzewacz również firmy Philips Avent i jestem z niego zadowolona, bo wchodzą do niego nie tylko butelki Philips Avent, ale również Tommee Tippee i różnego rodzaju słoiczki. Zwracajcie uwagę przy zakupie podgrzewacza na jego kształt, bo może się okazać, że nie pasuje do butelek, których używacie!
Kupiłam również kilka pojemników na mleko w proszku (Tommee Tippee),np. żeby zabrać tylko jedną porcję w podróż bądź wyjście do znajomych. Oprócz butelek firmy Philips Avent zamówiłam jedną dużą i 2 małe butelki firmy Tommee Tippee. Duża nadal nam służy do podawania soczków i wody natomiast małe wykorzystuję do przechowywania i podawania pokarmu ( zamówiłam kilka przykrywek, którymi zakręcam butelki i w ten sposób mogę przechować obiadek na następny dzień).
Dodatkowo skusiłam się na kilka termoopakowań i tu również trzeba uważać na ich kształt. Na obrazku w internecie wydaje się, że taki gadżet będzie pasował do każdej butelki. Niestety tak nie jest. Najlepiej kupić wszystkie akcesoria z tej samej firmy wtedy mamy gwarancję, że wszystko będzie do siebie pasować. Po tym jak zamówiłam termoopakowania z Tommee Tippee, które pasują tylko do butelek tej firmy musiałam domówić kolejne uniwersalne (też takie są) do pozostałych butelek. Najlepsze jest to, że praktycznie z nich nie korzystam.
Pozostałych wymyślnych gadżetów takich jak np. sterylizatory czy suszarki specjalnie zaprojektowane do suszenia butelek nie zamawiałam. Uważam takie rzeczy za wyjątkowo zbędne i wymyślane tylko po to, żeby naciągnąć niedoświadczonych i przejętych swoją rolą rodziców na kolejny wydatek.
Kiedy Staś zaczął samodzielnie siedzieć nadszedł czas na zakup fotelika do karmienia. Zasięgałam rad u bardziej doświadczonych rodziców i przeglądałam fora oraz sklepy internetowe w poszukiwaniu dobrego, ale niedrogiego krzesełka. Zdecydowałam się na krzesełko Magnus Classic - Cappuccino i muszę przyznać, że jestem z niego bardzo zadowolona i Staś też. Jest wygodne, stabilne, ale również łatwo się przemieszcza po podłodze (kółeczka, które można blokować). Tapicerka jest mięciutka i dlatego wygodna dla dziecka, ale również łatwo się ją czyści. Przydatny jest duży kosz pod fotelikiem, gdzie trzymamy np. śliniaki i są zawsze pod ręką. Tacka jest obszerna i dobrze wyprofilowana. Do tego krzesełko ma aż 3 poziomy regulacji wysokości. Naprawdę polecam!
Co jakiś czas dokupuję nowe gadżety do karmienia (śliniaki, miseczki, łyżeczki), ale tym dzielę się z Wami  na stronie fb mjakmacierzynstwo, dlatego zapraszam do zaglądania!!! Czekam na Wasze sugestie dotyczące akcesoriów do karmienia !!!

wtorek, 1 kwietnia 2014

Pielęgnacja niemowlaka

Pielęgnacja maluszka zaczyna się tuż po jego urodzeniu, ale pominę etap szpitala, bo tam zajmuje się tym głównie personel medyczny. Po powrocie do domu musimy przede wszystkim zadbać o kikut pępowiny i o ogólną higienę malca. Obecnie furorę robi Octenisept, którego użycie zalecają już w szpitalu (niemal do wszystkiego, nie tylko dla maluszka ale również dla mamy). Wystarczy psiknąć na kikut pępowiny i już. Przez kilka pierwszych dni nie należy moczyć kikuta w wodzie, dlatego staramy się nie zanurzać tego miejsca podczas kąpieli malucha. Ponieważ kikut Stasia nie chciał odpaść, położna środowiskowa zasugerowała smarowanie go roztworem gencjany (stary sposób, ale skuteczny), która dobrze zasusza i jak dla mnie ma działanie silniejsze niż Octenisept. Skończyło się na tym, że tylko ja używałam Octeniseptu do dezynfekcji i lepszego gojenia się rany po cesarce.
Jeśli chodzi o codzienną pielęgnację to w naszym domu zgromadziliśmy niezły zapas mydeł, żeli i kremów dla niemowlaka (cały okres ciąży mąż systematycznie kupował jakieś kosmetyki). Jak się okazało większość z zakupionych specyfików uczulała naszego Stasia. Jako niedoświadczeni rodzice kierowaliśmy się tym co pokazują w mediach (reklamy, opakowanie, zapach). Teraz już jesteśmy mądrzejsi i wiemy, że najpierw należy sprawdzić czy dany kosmetyk nie uczula. W tym miejscu chciałam przestrzec wszystkich przyszłych rodziców przed zakupem kosmetyków firmy Johnson&Johnson, gdyż uważa się je za wyjątkowo uczulające i podrażniające szczególnie w pierwszym półroczu życia dziecka. W pierwszym miesiącu do mycia najlepiej używać tylko wody (bez mydła czy żelu). Po ok. 3, 4 tygodniach można wprowadzić delikatny żel przeznaczony specjalnie do tego okresu życia. My wybraliśmy żel firmy Babydream (Rossmann). Po tym jak Stasia wysypało (skaza białkowa) musieliśmy przestawić się na specjalistyczne kosmetyki, do skrajnie suchej skóry, z tendencją do atopii (firma La Roche-Posey).  Do smarowania ciałka używałam początkowo oliwki (firma Babydream), ale teraz wiem, że nie jest to najlepsze dla delikatnego ciałka, że zatyka pory, lepszy jest delikatny krem, którego używamy dosłownie odrobinę po kąpieli. Oliwkę używaliśmy do walki z ciemieniuchą (kompres z gazika nasączonego oliwką godzinę przed kąpielą, nakryć głowę czapeczką - pomaga). Obecnie kosmetyki Stasia ograniczają się do żelu do kąpieli i kremu do skrajnie suchej skóry (ze względu na uczulenie). Puder do pupy stosujemy niezwykle rzadko, gdyż nie ma takiej potrzeby (skóra do tej pory była lekko odparzona może 3 razy), wtedy rzeczywiście puder pomaga. Generalnie jestem zdania, że im mniej kosmetyków tym lepiej dla skóry dziecka. Trzeba również pamiętać, że nie powinno się myć niemowlaka codziennie tylko najlepiej co drugi dzień.
Jakie Wy macie rady dotyczące codziennej pielęgnacji? Czekam na uzupełnienie mojej wypowiedzi. Piszcie, bo jestem pewna, że o czymś nie wspomniałam!

poniedziałek, 24 marca 2014

Miejsce dla maluszka w domu

Pierwsze pytanie jakie się nasuwa to czy ustawić łóżeczko w sypialni rodziców czy w pokoju przeznaczonym dla naszego malucha. My "całe szczęście" nie mieliśmy tego problemu, bo ogranicza nas powierzchnia mieszkania. Łóżeczko stanęło w naszej sypialni (przyszłym pokoju Stasia). Mój tata był przerażony kolorem ścian..."Ty chcesz trzymać dziecko w pokoju z czerwonymi ścianami?" Ja jednak wiedziałam, że nie robię krzywdy mojemu synkowi, wręcz przeciwnie. Noworodki rozróżniają tylko trzy kolory: biały, czarny i czerwony. Poza tym sam kolor wydaje mi się ciepły i w sam raz do spania:) Oprócz łóżeczka specjalnie dla Stasia zamówiliśmy komodę dopasowaną do niewielkiej powierzchni jaka pozostała do zagospodarowania. Komoda teraz doskonale się sprawdza, trzymamy w niej wszystkie ciuszki Stasia, jest miejsce na pieluchy, chusteczki, kosmetyki czy wieżę, która swoją drogą stała się ostatnio ulubionym gadżetem Stasia. Oprócz tego, że uwielbia jej dotykać, przełączać, otwierać, kręcić...to siedząc czasami w łóżeczku słucha radia lub płyty. Także ostatnio wykorzystujemy wieżę w 100%. Jeśli chodzi o łóżeczko, to oczywiście trochę mi zeszło zanim podjęłam ostateczną decyzję, które wybrać.
Wybór padł na stronę internetową poscieldladzieci.pl  Wybrałam zestaw: łóżeczko z szufladą, materacem i haftowaną pościelą z moskitierą. W zestawie jest możliwość wyboru koloru prześcieradła, łóżeczka i wzoru pościeli. Do całego kompletu otrzymujesz usztywniony rożek gratis. Materac, który znajduje się w zestawie jest dwustronny oraz wypełniony gryką, pianką i kokosem. Z łóżeczka, materaca oraz pościeli jestem bardzo zadowolona, jedynie ochraniacze nie spełniły do końca moich oczekiwań, ale z tego co widzę na stronie firma zmieniła je, są masywniejsze i w związku z tym pewnie już się nie uginają. Do tego przestrzegam przed zakupem moskitiery, mnie w sumie też koleżanki uprzedzały, żeby jej nie kupować, ale wzięłam po prostu cały zestaw (kwota była i tak mniejsza niż w innych sklepach bez moskitiery). Jak się okazało moskitiery nie założyliśmy ani razu, ogranicza ona dostęp do maleństwa, dodatkowo odcina dostęp świeżego powietrza do dziecka. Ktoś kto ma naprawdę duży pokój może sobie pozwolić na montowanie moskitiery, w innym wypadku uważam to za głupotę. Dodatkowo trzeba podkreślić, że firma otrzymała nagrodę Laur Konsumenta 2014 i wiele innych nagród w latach wcześniejszych. Uważam, że przydatne są też ciemne żaluzje, które można lekko opuścić w ciągu dnia, żeby maluszkowi lepiej się spało. Oczywiście nie powinno się ich opuszczać do samego dołu, żeby nie mylić dziecku dnia z nocą. Jeszcze raz polecam wskazaną wyżej stronę przyszłym mamom i tatusiom, powinniście coś tam ciekawego i satysfakcjonującego znaleźć. Chcę podkreślić, iż we wszystkich swoich opiniach kieruję się własnym doświadczeniem i zakupem a nie opiniami znalezionymi w internecie, dlatego możecie mi zaufać. W razie pytań jestem otwarta i czekam na stronie fb mjakmacierzynstwo!

poniedziałek, 17 marca 2014

Wózek...jaki wybrać?

Zanim zdecydowałam się na zakup konkretnego wózka spędziłam godziny buszując po stronach internetowych, przeglądając fora z opiniami... całe szczęście od 5 miesiąca ciąży siedziałam w domu i miałam czas na takie rzeczy. Miałam już w głowie ideał wózka jaki chciałabym mieć dla swojego dziecka. Przeglądając różne strony szukałam czegoś zbliżonego do tego co sobie wymyśliłam.
Dla mnie ważne było aby wózek nie tylko był funkcjonalny, ale również, żeby się dobrze prezentował. Musiał być "zgrabny", między innymi dlatego, żeby zmieścił się do mieszkania i nie stanowił przeszkody nie do przejścia. Dodatkowo nie chciałam kół z plastiku czy też małych kółeczek, które obecnie są w prawie każdym nowym modelu.
Kierując się głównie kryteriami powyżej wybrałam wózek x-lander x move (kolor ciemny fiolet). Jedyną wadą jaką znalazłam czytając fora to stosunkowo mała gondola (dotyczy to znacznej części nowych modeli wózków). Nie jest to też wózek dla tych rodziców, którzy lubią bujać swoje dzieci (jest dość sztywny). Jak się okazało moje obawy okazały się bezpodstawne...Staś jeździł w gondoli aż do 8 miesiąca życia (pod koniec rzeczywiście było już ciasno, ale się mieścił), a bujanie też nigdy nie było potrzebne, bo Staś należy do dzieci, które same zasypiają i dobrze znoszą spacery. W zestawie, który zamówiłam były 3 elementy fotelik do samochodu (wybierasz jedną z 3 opcji), gondola i spacerówka, do tego gratis osłona przeciw owadom do gondoli (idealna, super się sprawdza w okresie wiosennym i letnim), osłona przeciwdeszczowa (idealnie dopasowana do gondoli) oraz etui na komórkę. Te dodatki być może się zmieniają, jeśli nie jest się pewnym to zawsze można napisać maila pod wskazany adres na stronie, odpowiadają bardzo szybko. Do tego gwarantują bezpłatny serwis od drzwi do drzwi. My już raz mieliśmy okazję skorzystać z takiego przeglądu (kurier przyjeżdża pod wskazany adres, zabiera wózek i po 2 dniach odwożą pod adres jaki podacie). Ja zamówiłam wózek ze strony http://x-lander.pl/ , tzn. jest tam zakładka kup online i przekierowuje od razu do sklepu http://www.pierwszyusmiech.com.pl/, znajdziecie tam również inne pozycje i firmy, a sklep mogę z czystym sumieniem polecić! Zdarzają się tam naprawdę olbrzymie promocje więc zachęcam, aby śledzić na bieżąco co się tam dzieje. Ostatnio pojawiła się nowa opcja zakupu na stronie xlandera, tzw. nextway...możesz kupić używanego, ale odnowionego xlandera albo jeśli już Twoje dziecko wyrosło sprzedać tam swój wózek. Naprawdę super opcja. Dla zainteresowanych podaję linka:
http://nextway.pl/
Ciekawa jestem czy ktoś z Was ma również xlandera i czy jest zadowolony? A może chcecie polecić jakiś inny wózek? Zapraszam do zostawienia komentarza!
Poniżej kilka zdjęć naszego wózka w różnych odsłonach.








                                                            Fotelik Be Safe


niedziela, 9 marca 2014

Pierwsze tygodnie życia Stasia...

Nasz pobyt w szpitalu wydłużył się do 7 dni. W sumie to nawet wyszło nam to na dobre, bo ja miałam te kilka dni, żeby ochłonąć i oswoić się z sytuacją, a Staś był pod dobrą opieką. Dzień, w którym wypisano nas do domu był słoneczny i ciepły. Do szpitala przyjechał po nas oczywiście, przejęty sytuacją i nową rolą, mąż. Droga do domu była całe szczęście krótka i przebiegła bez żadnych niespodzianek. Oboje z mężem byliśmy zestresowani pierwszą nocą w domu, to był nasz debiut w byciu sam na sam z naszą kruszynką. Ale co tu dużo mówić, dzięki wzajemnemu wsparciu daliśmy radę. Kolejne dni mijały, a my nabieraliśmy wprawy.
                                                      Pierwszy dzień w domku 24.04.2013
Ogromną pomocą okazała się nasza położna środowiskowa. Za każdym razem udzielała fachowych i konkretnych odpowiedzi i instruowała mnie w prawidłowej opiece nad maleństwem. Przychodziła do nas dłużej niż to było ustalone, gdyż Stasiowi nie chciał odpaść kikut od pępowiny.
Kolejnym problemem była ciemieniucha i wysypki, które pojawiały się nie wiadomo skąd. Z ciemieniuchą walczyliśmy prawie 9 miesięcy, ale ostatecznie udało się ją pokonać. Wysypka, która pojawiła się w sierpniu stawała się coraz bardziej dokuczliwa i nieprzyjemna. Pani doktor zdiagnozowała uczulenie na laktozę. Aby się upewnić udaliśmy się do poleconej pani dermatolog. Ona niestety potwierdziła tę diagnozę. Trzeba było odstawić zwykłe mleko i przejść na takie z apteki, do tego pani doktor zaleciła używanie specjalistycznych kosmetyków do bardzo suchej skóry. Przejście ze zwykłego mleka na to specjalistyczne nie było proste, ale po 2 tygodniach walki udało się. Po wysypce nie ma śladu.
Kolejnym obowiązkiem rodzica w pierwszych miesiącach życia dziecka są wizyty w poradni preluksacyjnej, aby na bieżąco monitorować rozwój stawów biodrowych maleństwa. Podobno co drugie dziecko musi być "pieluszkowane" i nam również się to przydarzyło. Nie było to komfortowe dla dziecka szczególnie w upalne dni. Do pieluszkowania używaliśmy pieluszki flanelowej, która była usztywniana przez body. W pierwszych miesiącach życia Staś nie był szczególnie ruchliwy więc pieluszka flanelowa pozostawała na swoim miejscu.
Najbardziej jednak sen z oczu spędzają młodym rodzicom szczepienia. Szczepić czy nie szczepić przeciw rotawirusom, pneumokokom itd. Mieliśmy wielki mętlik w głowie, czytaliśmy różne opinie rodziców, lekarzy i tyle ile było osób tyle opinii. Zgłupieć można. Postanowiliśmy zaufać naszej pani doktor, która nas uspokoiła i wytłumaczyła na czym to wszystko polega i można powiedzieć, że rozwiała nasze wątpliwości. Ktoś powie, że pewnie ma w tym swój interes, ale komuś trzeba zaufać...my wybraliśmy lekarza z długim stażem w opiece nad niemowlakami. Zaszczepiliśmy młodego przeciw rotawirusom (to szczepienie było chyba najprzyjemniejsze dla Stasia bo polegało na wypiciu płynu dozowanego strzykawką , nic nie bolało). Zaczęliśmy również szczepienia przeciw pneumokokom (została jeszcze jedna dawka). Każde kolejne szczepienie jest dla mnie wyzwaniem emocjonalnym, bardzo przeżywam, gdy Staś płacze z bólu, aż nie może złapać oddechu i robi się cały czerwony. Raz nawet moja mama zaproponowała, że wejdzie za mnie do gabinetu, bo widziała jak to przeżywam. Ale jak to mówią "trening czyni mistrza" i teraz już jakoś daję radę, biorę się w garść i nie daję się opanować emocjom.
Bardzo obawialiśmy się też kolek, które wśród dzieci znajomych były na porządku dziennym. Zanim dziecko pojawiło się na świecie zapoznawaliśmy się z metodami i różnymi medykamentami na tę przypadłość, ale szczęśliwie nasz Staś nie miał ani razu kolki. Wyrzynanie się ząbków też przeszło i przechodzi nadal niezauważenie. A trzeba powiedzieć, że nasz syn pierwsze ząbki miał  już wieku 4 miesięcy więc bardzo szybko.
Muszę jeszcze wspomnieć o ogromnym wsparciu jakie dali mi moi najbliżsi w tych pierwszych tygodniach, szczególnie moja mama. Przyjechała zaraz w pierwszy weekend po naszym wyjściu ze szpitala i nie siedziała tylko podziwiając swojego wnuka, ale wzięła się od razu do roboty. Ugotowała obiad na kilka dni, umyła okna, posprzątała i przede wszystkim zawsze była gotowa żeby mnie wysłuchać. Jeśli tylko potrzebowałam jej pomocy, wsiadała w samochód i po 3 godzinach była w Poznaniu (niezależnie czy na drugi dzień szła do pracy czy też nie). Taka mama to skarb! Chciałabym, żeby mój syn w przyszłości też mógł tak o mnie powiedzieć:) Będę robiła wszystko, aby tak właśnie się stało.


                                          28.04.2013
                       29.04.2013
04.05.2013      
                                                                         

wtorek, 4 marca 2014

Karmienie piersią czy mlekiem modyfikowanym?



Wybór wydaje się oczywisty. Jednak życie komplikuje trochę nasze wybory. Tak było w moim przypadku. Po trudnym porodzie i ostatecznym cięciu cesarskim okazało się, że doszło do zakażenia wewnątrzmacicznego i zabrano mi Stasia na inny oddział. Nacieszyłam się nim tylko dobę, po czym przyszła pani doktor i oznajmiła, że muszą mi zabrać dziecko. Nie dostałam żadnych konkretnych informacji, nie wiedziałam o co chodzi, tysiąc myśli kłębiło się w mojej głowie. Pierwszy samotny wieczór był straszny, ryczałam i nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Na drugi dzień kiedy poszłam do niego i zobaczyłam to miejsce pełne specjalistycznego sprzętu przeraziłam się i znowu polały się łzy. Mimo iż mój Staś był podłączony tylko do EKG to i tak zrobiło to na mnie okropne wrażenie, do jego małej główki były przyczepione jakieś kable i leżał tam sam taki bezbronny. Od samego początku miał problemy z ssaniem (następstwo zakażenia), po tym jak mi go zabrali nie mieliśmy zbyt komfortowych warunków, żeby uczyć się karmienia piersią. Spotkałam się kilka razy z położną laktacyjną, ale sama stwierdziła, że dziecko jest "leniwe" i nie chce mu się ciągnąć piersi. Nie wiem jaka była bezpośrednia przyczyna tego, że pokarmu miałam jak na lekarstwo, ale przypuszczam, że zakażenie maluszka i odseparowanie mnie od niego miało decydujące znaczenie. Tyle ile mogłam ściągałam w specjalnie do tego przeznaczonym miejscu w szpitalu (elektryczne laktatory ułatwiały sprawę).  Mojego pokarmu było niewiele, dlatego Stasiu dostawał głównie mleko sztuczne.  Po tygodniu wypisano nas ze szpitala. W domu mieliśmy ciszę i spokój, mogliśmy zabrać się do nauki karmienia piersią. Przez pierwszy tydzień nie było zmian. Aż któregoś dnia Staś w końcu pociągnął kilka razy pierś. Byłam bardzo szczęśliwa. Z dnia na dzień było lepiej. Ale niestety nigdy nie doszliśmy już do całkowitego wyeliminowania butelki. Ale zdarzały się karmienia oparte tylko na pokarmie naturalnym. Sprawiało mi to dużą radość. Nie trwało to zbyt długo, w połowie sierpnia przyczepiła się do mnie okropna infekcja i lekarstwa, które można brać przy karmieniu piersią nie pomagały. Skończyło się chyba na 3 antybiotykach i to był niestety koniec karmienia. Zbyt długa przerwa spowodowała, że pokarm prawie zanikł. W międzyczasie Stasiowi pojawiły się 2 ząbki, którymi niestety mnie gryzł, gdy próbowałam podać mu pierś. Gryzł do tego stopnia, że leciała krew i ból był nie do wytrzymania (denerwował się, że prawie nic nie leci). Dlatego postanowiłam, że trzeba to skończyć. Nie przynosiło to już przyjemności ani dziecku ani tym bardziej mnie. Bardzo przeżyłam to, że nie mogę już go karmić i byłam zła, że jakaś głupia infekcja zaprzepaściła nasze starania. Cieszę się jednak, że przez te 4 miesiące jego życia starałam się dać mu tyle ile mogłam tego mleczka (nie za dużo ale zawsze coś). Gdybym mogła karmiłabym go pewnie do około roku. Wydaje mi się, że jest to taka zdrowa granica  i dla dziecka i dla matki.
A jaki Wy macie stosunek do karmienia piersią? Jak długo zamierzacie karmić i czy miałyście jakieś problemy z tym związane? Czekam na Wasze opinie!!!

poniedziałek, 17 lutego 2014

Poród naturalny czy przez cesarskie cięcie?


Wiele z nas w czasie trwania ciąży zastanawia się czy podoła wydać na świat dziecko o własnych siłach. Przyznam szczerze, że bardzo bałam się porodu naturalnego i gdyby to było możliwe od razu "załatwiłabym" sobie "cesarkę".  Naoglądałam się różnych programów o porodach i nie było tak różowo jak to zazwyczaj jest przedstawione w filmach i serialach. Im bliżej było rozwiązania tym większy strach mnie ogarniał. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy co mnie czeka. Każda z nas wie, że jest to ogromny ból, ale póki tego nie przeżyjesz nie masz pojęcia,że jest paraliżujący. Słyszałam o różnych środkach kojących ból, o różnych pozycjach, ale życie weryfikuje teorię przedstawianą na zajęciach w szkołach rodzenia czy z innych źródeł. Wiem, że każdy poród jest inny, każda z nas jest inna, tego trzeba się trzymać i nie zrażać się opowieściami o długich i wykańczających porodach. 
Jednak mój poród należał właśnie do tych długich i wykańczających. Zaczęło się niewinnie…dnia 17 kwietnia 2013 roku ok. 5:20 rano odeszły mi wody. Nie czułam żadnego bólu, dlatego z uśmiechem na twarzy oznajmiłam mężowi, że czas jechać do szpitala. Pogoda była piękna, drogi puste, a szpital niedaleko.  O 6:00 byłam już w szpitalu na pierwszych badaniach. Oprócz odejścia wód nic nie zapowiadało zbliżającego się porodu. Przyjęto mnie do szpitala na salę obserwacyjną, tam o ok. 9:00 rano ordynator zdecydował, że będzie trzeba dać mi coś na wywołanie porodu, bo jak wiecie dzidziuś nie może być długo w łonie matki po odejściu wód płodowych (grozi to zakażeniem). Ja uradowana, że już dziś zostanę mamą oznajmiłam moim najbliższym, żeby spodziewali się, że już dziś Staś przyjdzie na świat. Czas leciał, były już godziny popołudniowe a tu nic. Nikt się mną za bardzo nie interesował. Pojawiły się pierwsze skurcze, położna kazała chodzić, żeby przyśpieszyć poród (oprócz tej rady nie zastosowali żadnych środków na wywołanie porodu). Co jakiś czas sprawdzali na KTG jakie mam skurcze. Aż do 24:00 twierdzili, że są zbyt słabe, żeby położyć mnie na sali porodowej. Gdy ból stawał się co raz silniejszy wyprosiłam umieszczenie mnie na sali porodowej. Tuż po 24:00 dojechał mój mąż, by służyć mi wsparciem. Na początku nie było tak źle, byłam w stanie skakać na piłce (z pomocą męża), chodziłam pod prysznic dla złagodzenia bólu, zdarzały się żarty. Ale ból nasilał się z każdą godziną,a postępu w akcji porodowej nie było. Skurcze były tak silne, że czułam jak rozrywa mi dolny odcinek kręgosłupa (tzw. bóle krzyżowe). Nie byłam w stanie już ustać pod prysznicem, bo zwijałam się z bólu, nic już nie łagodziło tego bólu (tzw. gaz rozweselający był na nic, bo z bólu nie mogła nawet złapać porządnie ustnika). Mijały kolejne godziny, a rozwarcie już dawno zatrzymało się na 4 cm i za nic nie chciało ruszyć dalej. Krzyczałam okropnie, bo ból był nie do zniesienia, a lekarze ciągle powtarzali swoje, że musimy czekać. W końcu ok. godziny 12:00 w południe (18 kwietnia) do mojej sali wkroczył ordynator z kilkoma studentami i po naradzie łaskawie zdecydował o cesarskim cięciu z powodu braku postępu akcji porodowej. Byłam już na tyle nieprzytomna z bólu, że jak mnie poproszono o podpisanie zgody na cesarkę to poprosiłam o okulary, bo nic nie wiedziałam. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że okulary cały czas miałam na nosie:) Pamiętam potem cudowny powiew powietrza jak w trybie natychmiastowym przewożono mnie na wózku do sali operacyjnej. 
Akcja na sali zabiegowej działa się w tempie ekspresowym, no może poza znieczuleniem, gdyż pani anestezjolog nie mogła mi się wbić,  chyba za 3 razem jej się to udało. Pominę już oburzenie pani anestezjolog tym, że kazano jej pojawić się na sali operacyjnej w ciągu kilku minut. Chyba przerwano jej lunch:) Była bardzo zła z tego powodu. Pozostali lekarze od razu zajęli się tym co do nich należało (bez marudzenia).
Paniom, które obawiają się cesarki powiem tylko tyle, że od znieczulenia do wyjęcia dzidziusia mija może 10 minut, przy wyjmowaniu Stasia czułam tylko lekkie ciągnięcie, samego szycia oczywiście nic nie czuć. Po zbadaniu i obmyciu małego położna przyniosła mi go do ucałowania, najpiękniejsza  chwila dla matki , łzy same płyną. Po operacji zostałam przewieziona do sali pooperacyjnej, gdzie czekałam na Stasia i męża (który poleciał za Stasiem i strzelał mu pierwsze fotki). Dokładnie od godziny 13:09 dnia 18 kwietnia zostaliśmy szczęśliwymi rodzicami. Długo trwało przyjście malca na świat, ale opłacało się czekać:) Jestem jednak pewna, że jeśli jeszcze kiedyś zajdę w ciążę od razu zdecyduję się na cesarskie cięcie. Wszystkim przyszłym mamom życzę wytrwałości i domagajcie się swoich praw!!! 
Mój przykład nie zachęca do porodu naturalnego, ale mam znajome, których porody były szybkie i bez większych komplikacji. Także wybór zostawiam Wam, spróbujcie swoich sił w porodzie naturalnym, a jak się obawiacie polecam cesarkę:)
A jakie Wy macie doświadczenia z wydaniem potomstwa na świat? Przeszłyście przez poród naturalny czy cesarskie cięcie? Co poradzicie przyszłym mamom?


środa, 12 lutego 2014

Dolegliwości ciążowe


Zakładam, że każda z nas doświadczyła choć jednej z wielu dolegliwości ciążowych. W moim przypadku było ich wiele. Pierwszy dyskomfort, który odczułam to ból piersi. Były nabrzmiałe i obolałe. Senność w pierwszym trymestrze to chyba standard. Zdarzało mi się odwoływać zajęcia popołudniowe, bo nie mogłam się wybudzić. Najdziwniejszą dolegliwością jednak był wstręt do wody. Dosłownie nie mogłam patrzeć na wodę, słyszeć szumu wody np. w łazience, nie mówiąc o jej piciu. Nie wiem skąd się to wzięło, ale jak się domyślacie nie było to dobre dla mojego zdrowia. Woda jest niezbędna do funkcjonowania, a kobieta w ciąży powinna jej pić jeszcze więcej. Do tego przez pierwsze miesiące nie mogłam się obejść bez cytrusów. Wszystko to doprowadziło do kłopotów z układem moczowym.  Około 2, 3 miesiąca doszły mdłości, dość dokuczliwe. Ale na to nie ma mocnych. Wbrew powszechnej opinii mdłości męczyły mnie popołudniu a nie od rana. Gdy brzuszek urósł doszła zgaga, która męczyła głównie późnym wieczorem. Najbardziej bolesne były skurcze łydek, które łapały mnie w środku nocy. Tu z pomocą przychodził mąż, jego masaże były zbawienne. Ze względu na małą aktywność w późniejszych miesiącach ciąży przytyłam aż 23 kilogramy i pod koniec ciąży miałam już problemy z poruszaniem się. Każde wyjście z domu było dla mnie jak wspinaczka górska, wracałam wykończona i cała mokra. Do tego pod sam koniec ciąży nie było już butów, które mogłabym założyć. Pod koniec marca chodziłam w szmacianych balerinkach. Czekałam już tylko na rozwiązanie. 

Ciekawa jestem jakie Wam towarzyszyły dolegliwości? Podzielcie się swoimi doświadczeniami i dajcie znać jak sobie radziłyście. Macie jakieś złote środki, które zmniejszają ciążowe dolegliwości? Czekam na Wasze komentarze!

Od tego wszystko się zaczęło...


1.       Dla mnie macierzyństwo zaczęło się w dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zanim wykonałam test ciążowy, byłam niemal pewna, tego co za chwilę zobaczę. Wskazywały na to silne zawroty głowy, których doświadczyłam tylko raz, kilka miesięcy  wcześniej. Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym byłam szczęśliwa, ale jednocześnie przeraziłam się, że czeka mnie teraz życie pełne trosk i wyrzeczeń. Obawy te były związane z przebiegiem ciąży, po tym jak kilka miesięcy wcześniej poroniłam. Bałam się, że mogę stracić również drugie dziecko. Od samego początku ciąży postanowiłam dbać o siebie i uważać na to co robię. Nie mogłam dźwigać, denerwować się, od początku brałam leki podtrzymujące ciążę. Muszę jednak przyznać, że stan błogosławiony jest jedyny w swoim rodzaju.  


A jak Wy wspominacie ten dzień, w którym dowiedziałyście się, że jesteście w ciąży? Byłyście szczęśliwe czy ogarnął Was strach? Co wtedy czułyście? Czekam na Wasze komentarze.