niedziela, 9 marca 2014

Pierwsze tygodnie życia Stasia...

Nasz pobyt w szpitalu wydłużył się do 7 dni. W sumie to nawet wyszło nam to na dobre, bo ja miałam te kilka dni, żeby ochłonąć i oswoić się z sytuacją, a Staś był pod dobrą opieką. Dzień, w którym wypisano nas do domu był słoneczny i ciepły. Do szpitala przyjechał po nas oczywiście, przejęty sytuacją i nową rolą, mąż. Droga do domu była całe szczęście krótka i przebiegła bez żadnych niespodzianek. Oboje z mężem byliśmy zestresowani pierwszą nocą w domu, to był nasz debiut w byciu sam na sam z naszą kruszynką. Ale co tu dużo mówić, dzięki wzajemnemu wsparciu daliśmy radę. Kolejne dni mijały, a my nabieraliśmy wprawy.
                                                      Pierwszy dzień w domku 24.04.2013
Ogromną pomocą okazała się nasza położna środowiskowa. Za każdym razem udzielała fachowych i konkretnych odpowiedzi i instruowała mnie w prawidłowej opiece nad maleństwem. Przychodziła do nas dłużej niż to było ustalone, gdyż Stasiowi nie chciał odpaść kikut od pępowiny.
Kolejnym problemem była ciemieniucha i wysypki, które pojawiały się nie wiadomo skąd. Z ciemieniuchą walczyliśmy prawie 9 miesięcy, ale ostatecznie udało się ją pokonać. Wysypka, która pojawiła się w sierpniu stawała się coraz bardziej dokuczliwa i nieprzyjemna. Pani doktor zdiagnozowała uczulenie na laktozę. Aby się upewnić udaliśmy się do poleconej pani dermatolog. Ona niestety potwierdziła tę diagnozę. Trzeba było odstawić zwykłe mleko i przejść na takie z apteki, do tego pani doktor zaleciła używanie specjalistycznych kosmetyków do bardzo suchej skóry. Przejście ze zwykłego mleka na to specjalistyczne nie było proste, ale po 2 tygodniach walki udało się. Po wysypce nie ma śladu.
Kolejnym obowiązkiem rodzica w pierwszych miesiącach życia dziecka są wizyty w poradni preluksacyjnej, aby na bieżąco monitorować rozwój stawów biodrowych maleństwa. Podobno co drugie dziecko musi być "pieluszkowane" i nam również się to przydarzyło. Nie było to komfortowe dla dziecka szczególnie w upalne dni. Do pieluszkowania używaliśmy pieluszki flanelowej, która była usztywniana przez body. W pierwszych miesiącach życia Staś nie był szczególnie ruchliwy więc pieluszka flanelowa pozostawała na swoim miejscu.
Najbardziej jednak sen z oczu spędzają młodym rodzicom szczepienia. Szczepić czy nie szczepić przeciw rotawirusom, pneumokokom itd. Mieliśmy wielki mętlik w głowie, czytaliśmy różne opinie rodziców, lekarzy i tyle ile było osób tyle opinii. Zgłupieć można. Postanowiliśmy zaufać naszej pani doktor, która nas uspokoiła i wytłumaczyła na czym to wszystko polega i można powiedzieć, że rozwiała nasze wątpliwości. Ktoś powie, że pewnie ma w tym swój interes, ale komuś trzeba zaufać...my wybraliśmy lekarza z długim stażem w opiece nad niemowlakami. Zaszczepiliśmy młodego przeciw rotawirusom (to szczepienie było chyba najprzyjemniejsze dla Stasia bo polegało na wypiciu płynu dozowanego strzykawką , nic nie bolało). Zaczęliśmy również szczepienia przeciw pneumokokom (została jeszcze jedna dawka). Każde kolejne szczepienie jest dla mnie wyzwaniem emocjonalnym, bardzo przeżywam, gdy Staś płacze z bólu, aż nie może złapać oddechu i robi się cały czerwony. Raz nawet moja mama zaproponowała, że wejdzie za mnie do gabinetu, bo widziała jak to przeżywam. Ale jak to mówią "trening czyni mistrza" i teraz już jakoś daję radę, biorę się w garść i nie daję się opanować emocjom.
Bardzo obawialiśmy się też kolek, które wśród dzieci znajomych były na porządku dziennym. Zanim dziecko pojawiło się na świecie zapoznawaliśmy się z metodami i różnymi medykamentami na tę przypadłość, ale szczęśliwie nasz Staś nie miał ani razu kolki. Wyrzynanie się ząbków też przeszło i przechodzi nadal niezauważenie. A trzeba powiedzieć, że nasz syn pierwsze ząbki miał  już wieku 4 miesięcy więc bardzo szybko.
Muszę jeszcze wspomnieć o ogromnym wsparciu jakie dali mi moi najbliżsi w tych pierwszych tygodniach, szczególnie moja mama. Przyjechała zaraz w pierwszy weekend po naszym wyjściu ze szpitala i nie siedziała tylko podziwiając swojego wnuka, ale wzięła się od razu do roboty. Ugotowała obiad na kilka dni, umyła okna, posprzątała i przede wszystkim zawsze była gotowa żeby mnie wysłuchać. Jeśli tylko potrzebowałam jej pomocy, wsiadała w samochód i po 3 godzinach była w Poznaniu (niezależnie czy na drugi dzień szła do pracy czy też nie). Taka mama to skarb! Chciałabym, żeby mój syn w przyszłości też mógł tak o mnie powiedzieć:) Będę robiła wszystko, aby tak właśnie się stało.


                                          28.04.2013
                       29.04.2013
04.05.2013      
                                                                         

2 komentarze:

  1. Pierwszej nocki nie pamiętam ale za to pierwszego dnia nie zapomnę nigdy, szczególnie zaś wizyty pielęgniarki środowiskowej: po dwóch Tigerach, mega-mocnej kawie, silnym postanowieniu woli, kilku drzemkach w trakcie dnia... prawie spadłem z krzesła taki byłem śpiący, jednak sądzę że to wszystko z nerwów. Patrząc na to z perspektywy roku śmiać mi się chce, bo dziś nie rozumiem czego można było się bać, setki pokoleń przed nami wychowywały, setki po nas wychowają (o ile Zgredek nie odpali kilku głowic) :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Człowiek zawsze boi się nowego, czegoś czego nigdy wcześniej nie doświadczył więc wydaje mi się, że lęk jest oczywisty. Dobrze, że pierwszy etap już za nami:)
    Ja to nawet jak wspominam poród to mi się teraz śmiać che, a wtedy nie było mi do śmiechu...

    OdpowiedzUsuń