piątek, 1 sierpnia 2014

Beztroskie wakacje ... odeszły w niepamięć

Nasz pierwszy daleki wyjazd z młodym poprzedziło wiele pytań i rozterek, pominę już tę część ale wierzcie mi że na dzień przed wyjazdem zaczęłam żałować, że gdziekolwiek się wybieramy. 16 lipca o 24:00 wybudziłam Stasia ze snu i  wyruszyliśmy taksówką na lotnisko (15 minut drogi). Na lotnisku jasno i kolorowo więc Staś był w swoim żywiole i całe 3 godziny latał z tatą w tą i z powrotem zaczepiając ludzi i wydając z siebie okrzyki zadowolenia. Był chyba najbardziej żywiołową osobą na lotnisku. Nie był świadomy tego, że nasz samolot ma godzinne opóźnienie, my natomiast lekko się zdenerwowaliśmy tym faktem. W międzyczasie zakupiliśmy jeszcze wodę mineralną w strefie bezcłowej, gdyż moja pani doktor nastraszyła mnie że turecka woda (nawet ta butelkowana) może dziecku zaszkodzić. Mąż wypominał mi to całą drogę, bo on biedny musiał to dźwigać. Sam lot Staś zniósł wyśmienicie, na pewno lepiej niż jego mama:) 2 godziny z 3 przespał na moich kolanach przypięty dodatkowym pasem (dzieci do 2 roku życia podróżują na kolanach swojego opiekuna). Po wylądowaniu czekała nas jeszcze prawie 2 godzinna jazda autobusem do hotelu, tu również Staś był grzeczny, trochę przysypiał a czasami obserwował widoki za oknem. Pierwsze 3 dni upłynęły nam dość spokojnie i przyjemnie aczkolwiek każda próba wsadzenia Stacha do basenu kończyła się płaczem. W nocy z 3 na 4 dobę młody dostał wysokiej gorączki, sięgnęłam od razu po nurofen który wzięłam ze sobą. Gorączka po kilkudziesięciu minutach spadła jednak po kilku godzinach znowu wróciła i tak 3 doby. Postanowiliśmy zwrócić się do lekarza, gdyż nie było widać końca tej choroby. Lekarz wstępnie stwierdził infekcję gardła, zapisał antybiotyk i dodatkowo paracetamol na wysoką gorączkę. Jednak po dobie przyjmowania antybiotyku Stasia strasznie wysypało. Dostał mnóstwo dużych krostek głównie na nóżkach i rączkach. Spanikowani udaliśmy się raz jeszcze do lekarza myśląc że to reakcja uczuleniowa na antybiotyk. Lekarz stwierdził jednak, że jest to wirusówka i powinniśmy odstawić antybiotyk który wcześniej przepisał. Był to turecki lekarz ze szpitala uniwersyteckiego Alanya więc stwierdziłam, że chyba wie co mówi. Tłumaczył, że ta wysypka to apogeum choroby i teraz powinno być już tylko lepiej. Dzieciom poniżej drugiego roku życia na taką wirusówkę nie podaje się żadnych leków więc kazał po prostu obserwować i czekać aż choroba sama przejdzie. Rzeczywiście po ok 2 dniach od wysypki Staś odzyskał siły i chęć do zabawy. Nie miał nawet nic przeciwko kąpieli w basenie, chętnie brał udział w mini disco, które odbywało się na scenie każdego wieczoru (był najmłodszy i w obawie żeby inne dzieci go nie zdeptały asekurowałam go). Staś uwielbiał sam chodzić po ośrodku, ścieżkami które on sam wyznaczył. Jest bardzo towarzyski, dlatego zawsze szedł tam, gdzie się dużo dzieje. Jego ulubioną przekąską były paluchy chlebowe, ale nic nie mogło równać się z soczystym i słodkim arbuzem. Gdy tylko widział go na stołówce pokazywał palcem i dla siebie charakterystycznym jęknięciem oznajmiał, że ma ogromną ochotę właśnie na ten owoc. Oprócz tego dostawał ryż i makaron, gofry i wafelki do lodów. Starałam się nie podawać mu potraw, które mogłyby wywołać u niego biegunkę, o co łatwo w tak odległych krajach. Dzięki temu, że pilnowaliśmy jego diety nic mu nie zaszkodziło i nie cierpiał z powodów gastrycznych. Na pojawienie się wirusówki nie mieliśmy wpływu, mogło się to przydarzyć też w Polsce. Trudno, stało się, najedliśmy się trochę strachu. ale wszystko dobrze się skończyło. Drugi tydzień pobytu Staś miał codziennie dobry humor, szalał z babcią, tatą, mamą i dwiema ciociami Wiktorią i Martyną. Podróż powrotną zniósł bardzo dobrze. Mimo że został wybudzony tym razem o 2:50 w nocy w ogóle nie marudził. Na lotnisku oczywiście szalał z tatą, zwiedził chyba każdy zakątek i zaczepiał wszystkie dzieci. A w samolocie zasnął już na pasie startowym zanim zdążyliśmy wystartować i spał około półtorej godziny. Po obudzeniu zaczepiał kolegę rówieśnika który siedział przed nami i wymieniał minki ze starszym kolegą, który siedział w rzędzie obok. Przy podchodzeniu do lądowania koledzy wprawili go w  tak dobry nastrój że musiałam uciszać doniosły śmiech i okrzyki radości mojego syna. Przy okazywaniu paszportów na lotnisku w Poznaniu każdy już poznał Stasia, który ciągle się zacieszał i zwracał na siebie uwagę każdego turysty.
Mimo że Staś dobrze zniósł samą podróż i w gruncie rzeczy drugi tydzień świetnie się bawił to bezradność i lęk jaki miałam gdy dostał bardzo wysokiej gorączki i nie wiedziałam do końca co mu jest spowodował że w przyszłym roku pozostanę przy naszym polskim morzu. Na bardziej egzotyczne wakacje wybierzemy się za jakiś czas, jak Staś będzie już większy.
                                                             Z babcią obserwuję motorówkę
                                                            Tym razem obserwuję ludzi :)
                                                           Paluch chlebowy i chwila kontemplacji
                                                           Znowu coś lub kogoś obserwuję
                                                           Prowadzę babcie tam, gdzie ja chcę iść
                                               Mamo proszę przynieść mi natychmiast arbuza...tam jest!
                                                           Obserwacja po raz kolejny...



A Wam jak mijają wakacje?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz